Relondon !

Wednesday, June 24, 2009

Odwiedziliśmy po raz kolejny UK. I dobrze nam to zrobiło, bo Hiszpania jest bardziej zbliżona do Polski, niż do typowo zachodnio-anglosaskich krajów — i chodzi mi tutaj głównie o mentalność i poszanowanie otoczenia. Z drugiej strony, hiszpański spokój jest godny podziwu, i jest z koleji bardziej angielski, niż znerwicowany charakter polski.

Lecieliśmy tym razem z barcelońskiego El Pratu (który z resztą tego samego dnia dostał nowy terminal, ale z tego powodu nie mieliśmy żadnych utrudnień). Wyluzowanie służb lotniskowych dawało się odczuć na każdym kroku, i tak naprawdę najbardziej nabuzowane były kolejki do zdania bagażu. Kontorla przy bramkach spokojna i bezproblemowa, a strażnicy przechadzali się to w lewo, to w prawo, lub dość nieprędko dyskutowali czego to nie można mieć w bagażu i co trzeba wyjąć. Pełen luz. Siedząc na kawie słychać było jakiegoś dzieciaka bawiącego się mikrofonem do ogłaszania kominikatów.

Wylądowaliśmy o północy w Luton, i jak zwykle National Express ma tak rozstrzelone połączenia, że czekaliśmy tam 2 godziny. W sam raz, żeby przyzwyczaić się do tej krainy mrozu — szok temperaturowy był spory, bo w Barcelonie w nocy temperatury utrzymują się na poziomie 22°C, a tutaj jest przynajmniej 10° mniej… Mimo wszystko miło było zobaczyć znów Oxford i Londyn, szczególnie że w dzień pogoda była bardziej znośna.

Różnica ciśnienia niestety jest odczuwalna i powoduje ciągłe ziewanie. Całe szczęście kawiarnie są tutaj najlepsze w Europie, i po kubku Carmel Latte mózg od razu budzi się do życia. Jeśli dodamy do tego ciepłego gofra ze śmietaną, dostaniemy odpowiednią dawkę cukry by nawet coś konstruktywnego zrobić. A wszystko na wygodnych fotelach i z darmowym internetem — do tego ostatniego polecam Coffee Republic, gdyż słynny Starbucks niestety podpisał deal z BT (jest tym czym nasza TP i o dziwo działa podobnie żenująco) i jedyne co mamy to BT OpenZone, który “open” jest tylko z nazwy.

W ostatnim dniu pobytu w Londynie udaliśmy się do Richmond Park — wielkiego niemalże lasu, gdzie w dzień wpuszcza się samochody tranzytem, ale głównie jest to trawa i drzewa po horyzont. Dużo dzikich zwierząt, zające, wiewiórki, papugi (!). Jednym słowem dzicz w środku miasta. Wychodząc natknęliśmy się na stado saren i jeleni, które pasły się, a następnie hasały po rondzie, ku uciesze przechodniów i podejżewam lekkiej irytacji kierowców, którzy co chwilę musieli się zatrzymywać. Gdyby nie istniejący nad parkiem kanał powietrzny do lądowania na Hethrow, można by rzecz: błoga cisza i spokój. A tak — innego rodzaju doświadczenia, czyli nie ma nic bardziej niezrozumiałego niż ogromny JumboJet sunący nisko na niebie.

Mieszkając w Hiszpanii już zapomnieliśmy jak tutaj jest drogo i trudno o dobre jedzenie. W knajpach owszem, są pyszne dania (polecam tureckie knajpy w okolicach West Endu), ale już dobrych truskawek nie uświadczysz. Są z koleji genialne borówki, coś czego nam brakuje w Barcelonie. W sumie można by o takich różnicach całkiem długo nawijać, ale wniosek jest prosty — powinni przenieść hiszpańską pogodę do Anglii, a byłoby to niemalże idealne miejsce do życia…

Kategoria: Anglia  Hiszpania 

(cc) 2007-2009 Marek Foss.