Every day of summer!
Monday, June 08, 2009Barcelona jest ciepła, słoneczna i błękitna. Poza tym jest dość czysta, dość wyspokojona i w miarę tania. Niestety, mieszkając w centrum, jest dla nas też dość głośna. Zwyczaj budowania wysokich domów i ciasnych ulic sprawia, że de facto mieszkamy nad ulicą (patrzcie foto, to z balkonu). Jest to wybitnie irytujące w kraju pierdzących skuterów, wielkich autokarów i śmieciarzy, którzy z wysoką dokładnością pojawiają się każdej nocy by głośnym chwytakiem opróżnić pojemniki na śmieci. No i te mecze FCB, które ogląda całe miasto, i gdzie przy każdej dobrej akcji słychać niecierpliwość gola, a gdy te już się zdarzy — ryk radości. Gdy Barca wygrała Ligę Mistrzów, radowali się 3 dni, a potem jeszcze tłumnie pojechali na Camp Nou na finał świętowania. Więcej o tych rykach (z filmikami) możecie poczytać na blogu Nique.
Z drugiej strony, w tym mieście nie można się nudzić. Gdyby tylko mieć szerokie źródło gotówki, które płynie czy się pracuje, czy nie, to można by codziennie chodzić na super-ciekawe występy, wydarzenia, filmy, występy czy po prostu na dobre jedzenie — albo gorącą plażę. Ostatnio byliśmy na Flamenco, i szczerze mówiąc, bardzo mi się podobał ten taniec. Bardzo intensywny, ekspresyjny. Zresztą, zobaczcie sami na filmikach.
Pogoda mimo wszystko bywa pchmurna, ale nawet wtedy jest po prostu duszno, i nadal powyżej 20°C. Tutaj jest po prostu ciepło, i w sumie ciągle o tym piszę, ale nadal nie mogę się nadziwić. Z resztą, jak przyjechaliśmy w styczniu, to też było ok 10°C — czuliśmy się jak w lato, przylatując z ówczesnej polskiej zimy…
Ok, ale wystarczy tych zachwytów, bo jeszcze ktoś pomyśli, że tutaj jest jakiś raj. A nie jest. Z wad akustycznych już wymienionych wcześniej, dodać trzeba też parę innych. Np. to, że jest ciepło, a gdzie jest ciepło tam i różne owady itp. się mnożą. Ostatnio zauważyliśmy, że po mieście gdzieniegdzie biegają karaluchy. Ale nie takie jak w Polsce, małe robaczki, tylko takie jak w amerykańskich filmach, wielkie jak pół dłoni i szybkie jak króliki.
Kolejna sprawa to te rowery miejskie, tzw. bicing. Mają super infrastrukturę, punkty rowerowe praktycznie wszędzie, ale co z tego, skoro 8 na 10 razy nie jesteś w stanie wziąć roweru, bo choć jeszcze zostały na stanowiskach, to albo uchwyt się popsuł, albo rower. Tak czy owak, środek transportu jest unieruchomiony, a ty musisz biegać, szukając innego punktu, gdzie być może jeszcze jakiś rower jest — a przeważnie nie ma go w drugim, tylko dopiero w trzecim lub czwartym. Czasem bardziej opłaca się wejść do metra albo po prostu pójść na piechotę.
Następna irytująca rzecz to sprzedawcy o arabskich rysach na plażach. Szczególnie, gdy jest więcej ludzi grzejących się na słońcu, nie słychać nic tylko w kółko “Bier, sarvesa, cola… bier, sarvesa, cola”. Czasem jakaś azjatka zaproponuje masaż, czasem jakiś koleś podstawi kokosy czy inne jedzenie pod nos. Generalnie — mało spokoju. A gdy w końcu wieczorem jesteś w miarę sam na plaży, to spotkasz akwizytora twardych narkotyków. Ot, urok barcelońskiej plaży…
Na koniec — ciekawostka: Barcelona jest prawdopodobnie europejską stolicą gejów i lesbijek, ich ulubionym miastem itp. itd. Barcelona jest też ulubionym europejskim miastem start-upów internetowych, Anglików na emeryturze i niemieckich turystów. Nawiasem mówiąc, gdyby Polska się wzięła za siebie, to mogłaby stworzyć równie duży rynek turystyczny. Może kiedyś...
Kategoria: Hiszpania
